Beznadziejny rodzic. Czyli o tym, że coś we mnie pękło.

Beznadziejny rodzic. Czyli o tym, że coś we mnie pękło.

Macie takie chwile, że czujecie się z jednej strony zmęczeni, wypluci, wykończeni, a z drugiej jako beznadziejni rodzice ?
Ja się właśnie dziś tak poczułam.

Generalnie, zawsze w stosunku do moich dzieci jestem oazą spokoju. Staram się dużo tłumaczyć, w chwilach grozy policzyć do pięćdziesięciu, (bo dziesięć to za mało), wziąć parę głębszych ODDECHÓW (choć czasem chciałoby się czegoś mocniejszego), żeby nie udusić małoletniego. Dużo osób mi wielokrotnie mówiło, że podziwia mnie za cierpliwość i opanowanie, w stosunku do dwójki dzieci, rok po roku. Że trzeba mieć dużo odwagi, aby zdecydować się na tak małą różnicę wieku u dzieci. To ani odwaga, ani cierpliwość. To bardziej rozum. Chęć „załatwienia” sprawy za jednym zamachem. Chciałam mieć zawsze troje dzieci ( jak jeszcze ich nie miałam). Na pewno nigdy nie chciałam mieć jednego. Uważam, że to bardzo krzywdzące dla dziecka, nie posiadać rodzeństwa. Decyzja o drugim dziecku, była bardzo przemyślana, i nie była spowodowana tylko wielkim instynktem macierzyńskim.

Igor jako dwulatek, zawsze był raczej grzecznym dzieckiem. Wiadomo miewał swoje humory, gorsze dni, ale kto ich nie ma ? Od jakiegoś tygodnia ,okazuje się że kosmici podmienili mi dziecko! Ucieka, biegnie nie oglądając się na mnie, nie reaguje na żadne moje wołania. Ja z niemowlakiem na rękach, lub w wóżku nie zawsze jestem w stanie szybko zareagować. Gdy wpada w „furię”, krzyczy, wymusza płacz, kładzie się na ziemi, próbuje wszelkich sposobów, aby uzyska to co chce.

Wychowuje dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości. Uważam, ze to rodzice są odpowiedzialni za relacje ze swoimi dziećmi, a nie na odwrót. Jestem całym sercem za tłumaczeniem, rozmawianiem, tłumaczeniem i jeszcze raz rozmawianiem. Ale! Ile razy w ciągu 30 minut możesz tłumaczyć, gonić, tłumaczyć i gonić i tłumaczyć dwulatkowi, że na drogę wybiegać nie można ? Mój niemowlak waży 11kg! W wózku jest ok, pod warunkiem drzemki, i to trzydziestominutowej, w innym wypadku – wybacz mamo, ale wolę Twoje ręce. Bieg co chwila po Igora, z pączkiem na rękach, miesiąc po skręceniu kostki, nie jest łatwy fizycznie. Dziś moja psychika także już nie wytrzymała.

Kurcze! Nakrzyczałam na niego strasznie! Uniosłam się jak chyba jeszcze nigdy! On sam był w szoku. Nie wytrzymałam. Pękłam. Sekundę później płakałam i przepraszałam go z całego serca.

Od porodu Oliwiera, oprócz paru spacerów po bułki do żabki, kilku wyjść na basem i jednego do fryzjera, nie byłam SAMA nigdzie! Jestem z chłopakami 24/24. Ubieram, przebieram, przewijam, myje, odsmarkuje, karmie, głaszcze, przytulam, bawie się… Tomasz pracuje całe dnie. Gdy zaczyna brakować mi cierpliwości i zauważam u siebie podniesiony ton, oznacza to że jest czwartek! Dzień w którym jestem już turbo zmęczona. Potrzebuje oddechu.

Po przeanalizowaniu dzisiejszego dnia, stwierdzam że być może mój zbuntowany dwulatek, poznaje swoją autonomie. Chce być odpowiedzialny za coś, hmm za siebie. Bada granice.
Myślę, też że próbuje zwrócić na siebie moją uwagę. Dużą jej część pochłania Oliwier.
Zauważyłam także, że odkąd pojawił się młodszy syn, wymagam od Igora więcej niż powinnam. Wydaje mi się on starszy, niż jest w rzeczywistości. Myślę, że wynika to z różnicy jaka jest między nim a Oliwierem. Zauważyłam ostatnio u siebie ciągłe „NIE”. Nie rób tego, nie ruszaj, nie dotykaj, nie idź tam, nie.., nie.., nie… Jakaś masakra. Jest mi z tym strasznie źle, ale zastanawiam się nad tym po fakcie.

Co z tym zrobić ? Niedawno przeczytałam na jednej z grup facebook’owych rady dotyczące zbuntowanych dwulatków.
Wychodzić z dzieckiem tam gdzie może on biegać, bez niebezpieczeństwa, że coś się mu może stać. Zapakować młodsze w chuste/nosidło i tym samym ułatwić sobie, bieganie za starszakiem. Spacyfikować łobuza w wózku i iść na spacer. Chodzić na zamknięte place zabaw.

Myślę, że każdy z tych sposobów ma swoje wady i zalety. Mieszkamy w takim miejscu gdzie brak jest zamkniętych placów zabaw. Wszędzie parkingi i auta. Wózek jest ok, ale nie cały czas. Mój dwulatek potrzebuje się wyszaleć, wybiegać. Chusta u nas już od jakiegoś czasu, parzy. Nosidło, w nie musimy się właśnie zaopatrzyć.

Czytając dyskusję na ten temat, wzięłam sobie pewne rzeczy do serca. Mianowicie, dziecko w tym wieku, nie robi nic z premedytacją. Gdzieś do głowy mi weszło, że Igor robi mi to wszystko na złość, śmiejąc mi się w twarz. Tak nie jest, jedyne o czym on wtedy myśli to „biegnij, biegnij, biegnij..”, lub „jest fajnie na placu zabaw, nie chcę iść do domu!”. Pokazuje te swoje emocje, całym sobą. Próbuje pokazać mi swoje zdanie, na dany temat.

Co musze więc zrobić ? Wypracować jakiś kompromis z moim dzieckiem. Wsłuchiwać się w jego potrzeby, z uwzględnieniem kwestii bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku Poświęcić mu więcej siebie.

Czekam z utęsknieniem weekendu, a w sumie to soboty po południu, gdy Tomasz kończy pracę o 13. Niby dodatkowa para rąk do pomocy, niby jest ktoś kto pomoże. No właśnie NIBY. Generalnie nie narzekam na mojego męża. Jest super tatą i partnerem. ALE. Jak on jest w domu i ma wolne, to panuje taki chaos jakbym miała przedszkole a nie dwójkę dzieci. Wszystko jest w nieładzie, nie na swoim miejscu, obiad w proszku, dzieciaki w piżamach, w kuchni nie ma miejsca żeby kubek postawić. NOSZ! A niby dwie dodatkowe ręce.. do bałaganienia chyba.. U Was też faceci powodują taką dezorganizację ?

Nie może być przecież tak, że poświęcamy się bez reszty naszym dzieciom. Gdzie w tym wszystkim my sami? Nie mamy prawa do swojego JA, decydując się na potomstwo? To m wyglądać tak, że Całą swoją energię, czas, siłę oddajemy maluchom a sami jesteśmy cieniem dawnych siebie?
Jasne, priorytety w życiu się zmieniają po porodzie, ale czy musi od razu całe życie?

Dziś poprosiłam moją mamę, aby przyjechali do nas na któryś z najbliższych weekendów. Potrzbuję złapać oddech. Potrzebuję wyjść sama lub z Tomaszem, bez dzieci. Potrzebuję złapać dystans.

Kocham chłopcow całym sercem. Zabieram ich ze sobą wszędzie, nie ograniczają mnie. Niestety, lub stety potrzebuje także czasem pobyć sama, bez nich. Jeśli tego nie zrobie, boje się że wszyscy będziemy nieszczęśliwi.

Kocham moje teraźniejsze życie, swoje macierzyństwo, rolę jaką odgrywam. Uwielbiam być mamą. Natomiast czuję ogromną potrzebę wyrwania się, choćby na pół dnia. Czuję, że tyle wystarczy bym wróciła do równowagi.

 



6 thoughts on “Beznadziejny rodzic. Czyli o tym, że coś we mnie pękło.”

  • Mama potrzebuje chwili dla siebie, spokoju i wytchnienia. Bo właśnie przez to, że jesteśmy z dziećmi non stop, negatywne emocje,.których nie mamy jak odreagować, powodują, że w pewnym momencie coś nam pęka o wyladowujemy się na pierwszej osobie, którą mamy pod ręką

  • Bo do dzieci naprawdę trzeba mieć nadzwyczajnie dużo cierpliwości. I za to Cię podziwiam. Liczenie (do pięćdziesięciu) liczeniem, ale wdech i wydech dużo pomagają.

  • Witaj, pierwszy raz zajrzałam na Twój blog. Nie jesteś beznadziejnym rodzicem, potrzebujesz tylko nieco odmiany, ciszy i spokoju, czasu dla siebie.
    Nie załamuj się tym, że jak tata jest z dziećmi jest bałagan w domu. Niech się nacieszą sobą, a Ty wyjdź z domu, zrób to co chcesz zrobić, idź do fryzjera, do kawiarni – nawet sama z książką, spotkaj się z osobą, z którą chcesz się spotkać, odetchnij. Nawet jak będzie bałagan w domu po Twoim powrocie, będziesz miała siłę, aby go ogarnąć, mąż Ci pomoże. A Ty będziesz zrelaksowana i inaczej na to spojrzysz.
    Ja mam „tylko” jedno dziecko, teraz już czterolatkę, ale wywalczyłam dla siebie wychodne raz w tygodniu, bez rodziny. Wierz mi, to mi pomogło utrzymać zdrowe zmysły. A i mój mąż inaczej spojrzał na swoją rodzinę, on jest dobrym człowiekiem, kochającym, troskliwym, ale wcześniej nie do końca rozumiał moją frustrację.
    Masz prawo do „wychodnego” raz na jakiś czas 🙂
    Głowa do góry!

    • Dziękuje za slowa otuchy! Tak, zgadzam sie, ze nalezy znalezc czas tylkoo dla siebir! Tak zamierzam zrobic, choc czas mi ucieka niesamowicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *